piątek, 30 stycznia 2015

Wilcza przyjaźń. *One shot*

   Czekałam na niego każdego wieczoru. W tym samym miejscu. Zawsze byłam na czas, a on się spóźniał.
Stary plac zabaw. Zardzewiałe huśtawki, skrzypiąca karuzela i poniszczone drabinki. To był nasz azyl. To tam poznałam mojego pierwszego przyjaciela. Przyjaciela, który okazał się istotą z innej rzeczywistości.
Miałam sześć lat. Codziennie przychodziłam bujać się na huśtawce ze starszym bratem.
Nasza mama ciężko chorowała, a ojciec nie ruszał się ze szpitala. Był z nią cały czas.
Nie rozumiałam tego. Nienawidziłam go za to, że zostawił mnie i brata samych. Teraz żałuję, że nie okazywałam mu więcej uczucia.
W moje szóste urodziny, trzydziestego sierpnia, Nataniel zabrał mnie późnym wieczorem na plac, by oglądać gwiazdy. Położyliśmy się na mokrej od rosy trawie i patrzeliśmy przez kilka godzin w niebo. Brat pokazywał mi konstelacje, opowiadał legendy i historie, które wymyślał na poczekaniu.
To były najwspanialsze urodziny w całym moim krótkim życiu. Do czasu.
Późno w nocy, kiedy pozbieraliśmy się i ruszyliśmy w stronę domu zadzwonił ojciec. Powiedział, że mama zmarła kilka minut wcześniej i, że nie wróci już do domu. Nat zaczął płakać. Padł na kolana i mocno mnie ściskał.
Chciałam zareagować jak on, w końcu byłam dzieckiem, któremu umarła mama, Jednak na moich policzkach nie pojawiła się ani jedna łza.
Pamiętam, że byliśmy niedaleko domu, do którego nie chciałam wracać. Nie chciałam patrzeć jak brat, którego uważałam za najsilniejszego i najwspanialszego mężczyznę, się rozklejał i załamywał.
Wyrwałam się z jego uścisku i pobiegłam przed siebie, potykając się.
Zanim się spostrzegłam znalazłam się na środku placu zabaw.
Ciężko dysząc, powoli poszłam w stronę pordzewiałych i wyniszczonych drabinek. Przecisnęłam się między nimi i usiadłam opierając się o jedną z metalowych rur. Podciągnęłam kolana pod brodę, objęłam je ramionami i oparłam się na nich brodą.
Siedziałam tak nie wiadomo ile. Czekałam aż przyjdzie Nataniel, powie kojącym głosem, żebym z nim wróciła i weźmie mnie na ręce, ale tak się nie stało.
Zakryłam twarz dłońmi i w końcu zaczęłam płakać.
Łzy zmoczyły mi kołnierzyk błękitnej sukienki, a smarki spływały z nosa.
Kiedy zaczęło świtać usłyszałam cichy śmiech i skrzyp huśtawki. Podniosłam głowę i zobaczyłam chłopca. Sam bujał się w najlepsze i śmiał, nigdy nie słyszałam takiej radości.
Poruszyłam się lekko, czując, że zdrętwiały mi nogi.
Śmiech chłopca ucichł, a jego wzrok padł na mnie. Mimo tego, że był oddalony ode mnie o kilka metrów, wyraźnie dostrzegłam kolor jego oczu. Skrzyły się srebrem.
Na początku patrzył na mnie z niepokojem, który po krótkiej chwili jakby wyparował. Chłopiec podniósł się z huśtawki i podbiegł do mnie. Zatrzymał się dwa metry dalej i przykucnął.
Włosy miał w kolorze ciemnego brązu, a ubrany był w niebieską koszulkę z wytartym nadrukiem i beżowe, krótkie spodenki.
-Czemu płaczesz? - zapytał patrząc mi w oczy.
Ścisnęłam dłonie w piąstki i wytarłam oczy i nos rękawem sukienki. Zostawiłam na nim kilka plam.
-Nie płaczę - odpowiedziałam dumnie i pociągnęłam nosem.
Chłopiec wyszczerzył się w uśmiechu i podpełzł bliżej.
-Moja mama mówiła, że to dobrze, że się płacze i nie można się tego wstydzić. - oświadczył wesoło.
-Nie obchodzi mnie co mówiła twoja mama. - bąknęłam i wstałam, strzepując z siebie piasek.
Sztywno wyminęłam chłopca i ruszyłam przed siebie. Nie chciałam wracać do domu, jednak moja dziecięca duma nie pozwalała mi tam zostać.
Poczułam na swoim nadgarstku ciepłą dłoń.
-Gdzie idziesz? - mówił z radością w głosie.
Nie wiem dlaczego, ale pomogło mi to. Odwróciłam się z lekkim uśmiechem i policzkami parzącymi od rumieńców.
-Gdzie jest twoja mama? - wypaliłam bez namysłu.
Chłopiec uśmiechnął się jeszcze szerzej.
-Wszędzie! - Wykrzyknął i wciąż trzymając mnie za nadgarstek pobiegł w stronę karuzeli.
-Jak to wszędzie?
Zaparłam się piętami czym zmusiłam chłopca do zatrzymania się. Patrzyłam na niego surowym wzrokiem.
-Kłamiesz! - wykrzyknęłam, wydzierając swoją dłoń z jego uścisku - Tak się nie da!
Chłopiec patrzył na mnie z pewnością siebie. Podobały mi się jego srebrne oczy.
-Mama powiedziała mi, że jak zniknie to znaczy, że jest wszędzie.
Wydawało mi się, że zauważyłam przebłysk smutku w srebrnych oczkach. Jednak zniknął równie szybko jak się pojawił.
-Twoja mama.. zniknęła?
Potaknął kiwnięciem głową i posłał mi najpiękniejszy uśmiech jaki widziałam.
Zaczęłam płakać. Jeszcze mocniej niż wcześniej. Mocniej niż Nataniel.
Złapałam chłopca za przód koszulki i położyłam głowę na jego klatce. Niespodziewanie poczułam jego dłonie na moich plecach. Zaczęłam łkać jeszcze głośniej.
Nie wiem jak długo tak staliśmy a ja płakałam. Kiedy w końcu się uspokoiłam słońce wyszło ponad horyzont i oślepiało swoim blaskiem.
-Muszę już iść do domu. - oświadczył chłopiec i powoli się ode mnie odsunął.
Wytarłam twarz w rękawy i pociągnęłam nosem.
-Ja też. - odpowiedziałam.
Patrzeliśmy na siebie chwilę w milczeniu.
-Jestem Dominik.
Wyciągnął w moją stronę dłoń i z determinacja patrzył mi w oczy.
-Jill - powiedziałam cicho swoje imię i połączyłam nasze dłonie w uścisku.
Uśmiechnął się szeroko, pokazując białe i ostre zęby.
-Teraz muszę iść do stada, ale wrócę tutaj o tej samej porze co dzisiaj.
"Stada?" pomyślałam. "Może tak mówi na swoją rodzinę."
-Będziesz na mnie czekać? - zapytał lekko się rumieniąc.
Pokiwałam energicznie głową, odwróciłam się i pobiegłam do domu.
W mieszkaniu przywitał mnie pijany Nataniel. Nie rozumiałam dlaczego tak się zachowywał.
Cały dzień unikałam kontaktu z nim. Wyczekiwałam wieczoru. Jedyne czego chciałam to spotkać się z chłopcem, którego poznałam.
Nad ranem, kiedy na dworze zaczynało się przejaśniać, a ptaki wybudzały się, ze swojego krótkiego snu, wymknęłam się z domu i szybko pobiegłam na plac zabaw.
Chłopiec nie czekał na mnie. Było cicho i strasznie. Jednak nie wróciłam do domu. Usiadłam na huśtawce i czekałam.
Pięć minut, piętnaście, dwadzieścia.. Po trzydziestu minutach, które cicho liczyłam, na krańcu placu pojawił się chłopiec o srebrnych oczach i brązowych włosach. W poszarpanej koszulce z poprzedniego dnia i tych samych spodenkach.
-Jill! - krzyknął i pobiegł w moją stronę.
Na jego twarzy promieniał piękny i szczery uśmiech.
-Przyszłaś! - usiadł na huśtawkę obok i zaczął się kołysać, wbijając we mnie swój wzrok.
-Oczywiście, głuptasie. - powiedziałam, dumnie podnosząc głowę - Nie łamie się danego słowa.
Roześmiał się. Tym samym pełnym radości śmiechem, który od razu mi się udzielił. Śmialiśmy się razem, bardzo długo.
Dominik opowiadał mi o swojej rodzinie i o mamie, którą kochał nad życie. Ja odwdzięczałam mu się opowieściami brata. Mówiłam co lubiłam robić z Natanielem.
Żaliłam się, że popadł w alkoholizm, że zachowywał się nie jak mój brat.
Po kilku godzinach rozeszliśmy się z obietnicą powrotu o tej samej godzinie w to samo miejsce.
I tak się działo. Dzień w dzień, wczesnym rankiem, kiedy ptaki budziły się do życia, my spotykaliśmy się na placu zabaw. Bawiliśmy się i rozmawialiśmy.
Pory roku mijały nie ubłagalnie szybko. Po lecie nastąpiła jesień, a po niej sroga zima. Jednak nic nie stanowiło przeszkody dla naszych spotkań.
Nabierałam wprawy w wymykaniu się z domu i okłamywaniu brata, który staczał się coraz niżej.
Nasza przyjaźń rozkwitała i czuliśmy się przy sobie coraz swobodniej.
Wiosną, kiedy kwiaty kwitły i wszystko budziło się do życia, dowiedziałam się czegoś szokującego.
-Hej, Jill - chłopiec wydawał się wyjątkowo nieswój.
-Co? - odpowiedziałam huśtając się coraz wyżej.
-Pamiętasz jak mówiłem ci, że moja rodzina jest inna niż twoja? - zapytał cicho i spuścił wzrok.
Zeskoczyłam z huśtawki i stanęłam przed nim.
-No, pamiętam.
Zaważyłam, że zaciskał pięści.
-No mów co chcesz powiedzieć. - rozkazałam surowo.
Dominik lekko się uśmiechnął i spojrzał na mnie.
-Ale nie zaczniesz się mnie bać?
To pytanie zdenerwowało mnie.
Położyłam dłonie na jego policzkach i sprawiłam, ze spojrzał mi w oczy.
-Jeszcze raz powiesz, że mogę się czegoś bać to cie zleję. - powiedziałam przez zaciśnięte zęby i mocniej ścisnęłam jego policzki.
To przekonało chłopca i wypalił prosto z mostu.
-Nie jestem człowiekiem, Jill.
-Wiem.
To prawda, domyśliłam się po pierwszym miesiącu naszej znajomości.
Może i byłam głupią sześciolatką, ale zachowanie chłopca, ostre zęby i paznokcie, oraz kolor oczu, który nie występował u nikogo innego, budziły u mnie pewne podejrzenia.
-Jak to "wiesz"?
Zauważyłam zdumienie w jego ślepiach.
Roześmiałam się i odsunęłam kawałek.
-No normalnie! - wykrzyknęłam i zakręciłam się na palcach. - Tylko nie wiem czym jesteś.
Zatrzymałam się i pochyliłam w jego stronę.
-Powiesz mi? - uśmiech nie schodził z mojej twarzy.
-Mogę ci pokazać.
Złapał mnie za dłoń i pociągnął w najbardziej oddalony od ulicy zakamarek placu zabaw, który graniczył z lasem. Stamtąd zawsze wychodził chłopiec, kiedy mieliśmy się spotkać.
-Zasłoń oczy. - poprosił, a ja to zrobiłam.
Próbowałam podglądać miedzy palcami, ale od razu to zauważył i zawołał karcącym tonem "Jill! Nie oszukuj!"
Po krótkiej chwili usłyszałam ciche powarkiwanie. Nie wytrzymując odwróciłam się.
Stanęłam jak wryta. Otworzyłam szeroko oczy ze zdumienia.
Przede mną stał wilk. Wpatrywał się we mnie znajomymi, srebrnymi ślepiami.
Stał nieruchomo dopóki ja nie zrobiłam kroku do przodu.
Wyciągnęłam dłoń i opuszkami palców dotknęłam brązowej sierści.
Była miła w dotyku. Puszysta i miękka.
Szybko oswoiłam się z tą wiadomością.
Z wiadomością, że mój pierwszy przyjaciel był wilkołakiem.
Lata mijały a ja dowiadywałam się coraz więcej o świecie, o którym zwykły człowiek nie miał prawa wiedzieć.
Dominik opowiadał mi o tradycjach Wilków. O jego stadzie.
Mówił też o istotach z innego świata. Opowiadał, że gdzieś bardzo daleko stąd żyją piękne i wspaniałe anioły, z wyglądu podobne do ludzi. Mówił, że posiadają ogromne białe skrzydła i bardzo rzadko przychodzą na Ziemię.
-Widziałeś je kiedyś? - zapytałam leżąc na jego brzuchu i patrząc w gwiazdy.
Minęło sześć lat od naszego pierwszego spotkania. W czasie rozmów dowiedziałam się, że chłopiec urodził się rok przede mną.
Miałam wtedy dwanaście, a on trzynaście lat.
U mnie zaczynał się wiek dojrzewania, pierwsze miłości, zmiana wyglądu i ciała.
Za to Dominik zaczynał wkraczać w dorosłość i przygotowywać się do roli przywódcy stada.
Coraz rzadziej się spotykaliśmy, jednak nasz więź nie znikała, wręcz odwrotnie, pogłębiała się.
-Co widziałem? - głowę podpierał skrzyżowanymi ramionami Podniósł ją trochę i spojrzał na mnie.
-Anioły. - podniosłam się. Usiadłam obok niego i spojrzałam na jego twarz z góry.
Coraz bardziej przypominał mężczyznę, niż chłopca. Linia szczęki stała się bardziej wyrazista. Nos miał lekko zgarbiony, co dodawało mu uroku. Był przystojny.
-Nie. Ojciec mówi, że lepiej ich nie spotykać. - ziewnął - Podobno są bezwzględne i lubią zabijać.
Wzruszył ramionami, po chwili również się podniósł.
-Chciałabyś nauczyć się widzieć chochliki i elfy leśne? - zapytał z entuzjazmem, który od razu mi się udzielił.
-Tak! - kiwnęłam energicznie głową.
Zaczął mi tłumaczyć jak wyglądały te istoty. Powiedział, że trzeba się skupić i wierzyć, że istnieją, by je dojrzeć.
Nie zdążyłam spróbować, minęły nasze chwile spokoju. Musiałam wracać do domu i przygotować się do szkoły, a chłopak musiał jak każdego dnia, uczyć się pod okiem ojca.
Przez kolejny tydzień, kiedy się nie widzieliśmy, próbowałam wypatrzeć istoty mistyczne, co przychodziło mi z trudem.
Kilka godzin przed nocnym wyjściem na plac zabaw, usiadłam przed oknem i skupiłam się najbardziej jak potrafiłam.
Powtarzałam sobie w głowie "wierzę. Wierzę. Wierzę.."
Aż w końcu, kiedy wyczerpanie brało górę, ujrzałam małą istotkę o szpiczastych uszach i wielkości krasnala ogrodowego. Siedziała na gałęzi drzewa niedaleko mojego domu. Nogi miała zwieszone i lekko się kołysała. Zauważyłam, że skórę miała w odcieniu wiosennych liści.
W końcu mi się udało. Rozradowana pognałam w miejsce naszego spotkania.
Opowiedziałam o wszystkim Dominikowi. Razem uczciliśmy mój sukces wspólnym oglądaniem letnich gwiazd.
Zasnęłam leżąc na jego brzuchu. Śniłam o wspaniałych skrzydlatych istotach i elfie, którego widziałam.
Przed siódmą Dominik odprowadził mnie do domu, po czym wrócił do swojego stada.
Spotykaliśmy się coraz rzadziej. Zdarzało się, że nie widzieliśmy się przez kilka tygodni, zajęci swoimi obowiązkami.
Ja stawałam się kobietą, poszłam do gimnazjum, zajmowałam się chłopcami w moim wieku.
A mój przyjaciel stawał się dorosłym i odpowiedzialnym wilkiem. Dojrzewał szybciej niż ludzcy chłopcy w jego wieku.
Ceniłam to w nim. Nigdy nie patrzył na mnie jak reszta. Wiedziałam, że wciąż widział we mnie zapłakaną sześciolatkę.
Cieszyło mnie to. Nienawidziłam spojrzeń dorastających chłopców. Nigdy nie patrzyli mi w oczy. Wzrok zatrzymywali na klatce i tyłku.
Doprowadzało mnie to do szału.
Pewnego dnia poprosiłam Dominika, żeby nauczył mnie walczyć.
-Po co? - leżał na plecach na karuzeli a ja siedziałam na huśtawce.
-Bo mam już piętnaście lat, piękne ciało i boję się, że jakiś obleśny chłopak chciałby je dotknąć bez mojej zgody. - posłałam mu chytry uśmiech i czekałam na reakcję.
-Nie.
Spodziewałam się tego.
-Jeny, Wilczku, nie bądź taki - Nie pamiętam kiedy zaczęłam tak na niego mówić. Wiem, że to lubił.
Westchnął przeciągle i z irytacją. Podniósł się, a jego pięść powędrowała w stronę mojej twarzy.
Zatrzymał ją milimetry od mojego nosa.
Wzięła szybki oddech i spojrzałam na niego z uśmiechem.
-Mogę to potraktować jako zgodę?
I tak właśnie zaczęłam spędzać więcej czasu z moim przyjacielem.
Zmieniliśmy godziny spotykania się.
Przez następnych kilka miesięcy codziennie pod wieczór przychodziłam na plac zabaw. Ubrana w dres i luźna koszulkę. Uczył mnie jak się bronić, a z czasem atakować.
Po pewnym czasie dorównałam mojemu mistrzowi, i oboje staliśmy się dla siebie wyzwaniem.
Przewyższał mnie siłą. Zawsze tak było.
Osiemnaste urodziny spędziłam z Dominikiem. Obiecał, że cały dzień będzie ze mną i tak było.
Chodziliśmy po mieście smakując różnych pyszności, poszliśmy nad rzekę się kąpać.
Wtedy po raz pierwszy zobaczyłam jego ciało w prawie całej swej okazałości. Idealnie wyrzeźbione mięśnie, wąskie biodra i szerokie ramiona.
Zdałam sobie wtedy sprawę z tego, że stał się mężczyzną. Bardzo atrakcyjnym mężczyzną.
Kiedy szliśmy ulicą każda kobieta się za nim oglądała. Nawet starsze panie po pięćdziesiątce.
Złapałam się na poczuciu zazdrości, które od razu z siebie usunęłam.
Wieczorem poszliśmy na plac zabaw. Jak zwykle położyliśmy się na trawie i oglądaliśmy gwiazdy, to stało się naszą codziennością, czymś normalnym.
Dominik zaczął mi mówić o wszystkim co słyszał od ojca. Że anioły sprowadzają coraz więcej swoich na ziemię, dlatego, że demony zaczęły coraz bardziej żerować na ludziach.
Słuchałam tego bez cienia strachu. Miałam przy sobie silnego wilka, czułam się bezpieczniejsza niż kiedykolwiek wcześniej.
-Jill.. - niebo się rozjaśniało, a ptaki zaczynały budzić się do życia - muszę ci coś ważnego powiedzieć.
-Co? - wymamrotałam w półśnie.
-Ojciec postanowił przenieść się ze stadem. Jutro wyjeżdżamy.
Minęła chwila zanim dotarło do mnie co powiedział. Podniosłam się gwałtownie i spojrzałam na niego z niedowierzaniem.
-Jak to?! - krzyknęłam - Nie możesz tak po prostu odejść.
Czułam łzy. Jednak powstrzymałam je siłą woli.
-Jill, proszę posłuchaj mnie.
Wyciągnął w moją stronę dłoń i położył mi ją na ramieniu.
-Wrócę. Obiecuję. - Zacisnął palce, poczułam jak wbijały mi się w ramię.
-Dobrze, będę na ciebie czekać.
Wymusiłam uśmiech. Miałam nadzieję, że nie zauważył tego jakże żałosnego posunięcia.
Myliłam się.
Przyciągnął mnie i objął w przyjacielskim uścisku.
Schowałam twarz w jego bluzie i pogrążyłam się w cichej rozpaczy.
Poczułam się jak dwanaście lat wcześniej. Kiedy w dniu naszego pierwszego spotkania wypłakiwałam mu się w koszulkę.
Podniosłam głowę i zauważyłam, że na mnie patrzył. Był wyższy ode mnie o kilkanaście centymetrów.
Pochylił się i złożył delikatny pocałunek na moim policzku.
-To obietnica. Wrócę, rozumiesz? - powtórzył się.
Zdałam sobie wtedy sprawę z tego, że traktował mnie nie tylko jak przyjaciółkę. Byłam jedyną kobietą w jego życiu.
Resztę ranka spędziliśmy leżąc pod drzewem na skraju lasu przy placu zabaw. W milczeniu, żadne z nas nie odważyło się cokolwiek powiedzieć.
Przed południem się rozstaliśmy.
Szybkim krokiem ruszyłam w stronę domu. W połowie drogi zaczęłam biec, biec jak nigdy wcześniej. Otworzyłam drzwi, zamykając użyłam zbyt dużo siły, z hukiem zatrzasnęły się, a obrazy wiszące na ścianie obok zatrzęsły.
Tamtego dnia zaczęło się moje życie bez ukochanego Wilka.
Teraz mam trzydzieści dwa lata. Dwójkę dzieci i wspaniałego męża. Żadne z nich nie wie o mojej przeszłości i wspaniałej przyjaźni z istotą nienależącą do świata ludzi.
Cały czas widzę chochliki i elfy. Podczas wieczornych spacerów bawię się z nimi i dokuczam im. Cały czas czekam na Dominika. Dostaję od niego listy, na które nie odpisuję. Nie potrafię tego zrobić.
Mimo tylu lat wciąż go kocham, tak kocham. Mojego przyjaciela, mojego ukochanego, mojego wilka.
Będę czekać nawet wieczność.

Początek nowego życia. *Piekielne dobro*

    -Zacznijmy od początku - zaproponował David. Sięgnął jedną z ksiąg leżących na stoliku i otworzył na pierwszej stronie. Dziewczyna pochyliła się by zobaczyć tytuł.
-"Jak powstały wymiary" - przeczytała na głos i zerknęła na niego pytająco - Chodzi o te światy, w których żyją, anioły, demony, ludzie i wilkołaki? - zapytała.
Blondyn spojrzał na nią ze szczerym zdumieniem.
-Nie słyszałaś o nich? - kąciki jego ust drgnęły w ledwo widocznym uśmiechu - To niemożliwe.
Spojrzała na niego wilkiem i zacisnęła szczękę.
- A niby kto miał mi o nich powiedzieć? - warknęła.
Momentalnie jej nastrój się zmienił. Poczuła wściekłość. Chłopak się z niej nabijał. On tylko udawał miłego.
Cała sympatia Aiko do Davida wyparowała.
-Spokojnie - odwrócił księgę tak, że litery były zwrócone do zielonookiej - Ja cie wszystkiego nauczę. - uśmiechnął się do niej kojąco, a całe zdenerwowanie zniknęło równie szybko jak się pojawiło.
Przeczytała pierwszy wers.
- Matka Wymiarów? - spojrzała pytająco na Davida.
- Posłuchaj - przybrał nauczycielski ton głosu - Wymiar, w którym teraz jesteśmy nazywa się Menegra. Żyją w nim ludzie, wilkołaki i niektóre mniejsze istoty mistyczne. - zrobił pauzę. - wymiar, z którego ja pochodzę, nazywa się Cyktoria. Jest najstarszy ze wszystkich, a anioły były pierwszymi istotami Wymiarów. Rozumiesz?
Dziewczyna pokiwała głową, głęboko zaciekawiona.
- A - dodał - zapomniałem powiedzieć, że Menegra jest najmłodszym ze wszystkich.
Podsunął sobie nogą jedno z krzeseł spod ściany i usiadł na nim. Ruchem ręki rozkazał, żeby zrobiła to samo.
- Jest jeszcze trzeci wymiar. Arians, to z niego pochodzą demony i większość chorób Menegry.
- Choroby pochodzą z Arians? - Spojrzała chłopakowi w oczy. Nigdy wcześniej o tym nie słyszała.
- Tak - potarł dłonią podbródek w zamyśleniu - Na przykład malaria, którą przenoszą komary. Te insekty pochodzą z Arians. Kiedy pojawiła się Menegra, powstało dużo niekontrolowanych przejść w pozostałych dwóch wymiarach. Istoty, których gatunki wymierały przeniosły się do Menegry.
-Dlaczego? - słuchała z coraz większym zainteresowaniem.
- No i tu się zaczyna kolejna dawka wiedzy - posłał jej szeroki uśmiech - Jest coś takiego jak Energia Życiowa. Każda istota w Menegrze posiada jej wyjątkowo dużo, ponieważ wymiar jest młody.
Zrobił krótką pauzę by dziewczyna mogła sobie wszystko poukładać.
-Zaraz, zaraz, co ma wymiar do Energii Życia?
- ach, właśnie! - klepnął się otwartą dłonią w czoło, czym wywołał u Aiko lekki uśmiech - Zapomniałem ci wyjaśnić, czym jest Matka wymiarów.
Dziewczyna pokiwała głową i znów zaczęła uważnie słuchać.
-Matka Wymiarów to, tak jakby, wielka kula Energii Życiowej, w której powstały Menegra, Arians i Cyktoria. To znaczy, że gdyby nie Matka my byśmy nie powstali.
Mówił wyraźnie i zrozumiale. Aiko poczuła się jakby była w szkole, o której jako dziecko marzyła.
- Każdy wymiar ma w sobie środek główny, w którym gromadzi się Energia Życiowa. środek pobiera ją z organizmów żywych po ich śmierci, lub z Matki.
Dziewczyna westchnęła i potarła dłonią skroń.
- Trochę tego dużo, nie sądzisz?
David zaśmiał się dźwięcznie i spojrzał na nią z lekka troską.
- To dopiero początek. Kontynuujmy. - przewrócił kilka stron w księdze i zatrzymał się na jednej z nagłówkiem "Jak pobierają energię..?" - Posłuchaj. - rozkazał -Żeby żyć potrzebujemy właśnie owej Energii Życiowej - zrobił krótką pauzę na zaczerpnięcie powietrza - Ale nie wytwarzamy jej, oczywiście oprócz ludzi, ale to za chwilę.
Dziewczyna powoli zaczynała się w tym gubić. Czuła zmęczenie mimo tego, że wstała kilkanaście minut wcześniej. Zaburczało jej w żołądku i dopiero wtedy przypomniała sobie, że przez kilka dobrych dni nic nie jadła. Jednak nie przerywała chłopakowi, ciekawość wzięła górę.
- Istoty takie jak ja - wskazał na siebie - czyli anioły. Pobierają Energię Życiową z "powietrza" - nakreślił palcami cudzysłów - Ona sama do nas przychodzi i wnika w nasze ciała. Jesteśmy w harmonii z Energią - W jego głosie dało się wyczuć dumę. Aiko zignorowała to - Za to ludzie mają taką energię w sobie. Są samowystarczalni.
- A co z demonami?
- Ich energia jest nieco inna. Ból, cierpienie, nienawiść - wyliczał na palcach - krótko mówiąc, żeby samemu pozyskać Energię Życiową muszą zabić istotę, która ją ma.
Wzięła szybki oddech.
Teraz już rozumiała. To dlatego tak bardzo pragnęłam zabić jednego z nich, pomyślała.
Potrząsnęła głową, by pozbyć się niepotrzebnych myśli. Później o tym pomyślę, teraz muszę słuchać, nakazała sobie.
Drzwi małej biblioteki otworzyły się a do środka wszedł ciemnowłosy mężczyzna.
-Dav, Aiko, chodźcie coś zjeść - powiedział beznamiętnym tonem i wyszedł.
Blondyn zamknął księgę, z której uniosły się drobinki kurzu. Wstał i spojrzał na siedzącą dziewczynę.
-Idziesz? - wyciągnął w jej stronę dłoń.
Popatrzyła na jego dłoń i spuściła wzrok. Wstała o własnych siłach i wyszła z pomieszczenia, a David za nią.
Poszła za zapachem, który doprowadził ją do niedużej, przytulnej kuchni. Przy stole siedzieli już Michael i Samanta. Nakryty był ciemno-brązowym obrusem, na którego środku wyszyte były różnokolorowe kwiaty. Zastawa również była w kwieciste wzory. Wszystko razem wyglądało na bardzo eleganckie.
Cztery talerze, cztery widelce, cztery noże i cztery szklanki. Zdziwiło ją to. Myślała, że dostanie po prostu jedzenie i będzie miała jeść sama, w wydzielonym jej pokoju.
David położył dłoń na plecach zielonookiej i delikatnie popchnął do przodu. Usiadła na krześle naprzeciwko Michaela, blondyn obok niej.
Zapadła nieprzyjemna cisza, którą zakłócały ich oddechy.
Rudowłosa wzięła oddech oznaczający jej irytację i wstała. W tym samym czasie do uszu Aiko dobiegło niegłośne piśnięcie.
Sam podeszła do piekarnika, założyła na dłonie ochronne rękawice i wyciągnęła z niego blachę.
Znajdowały się na niej wypieczone na złoto ziemniaki i smakowicie wyglądający kurczak. Aiko zaburczało w brzuchu, po raz kolejny.
Anielica położyła blachę na stole z lekkim hukiem i usiadła z powrotem na krześle. Bez słowa nałożyła sobie na talerz i zaczęła jeść.
-Nie podoba mi się ta atmosfera - powiedział mężczyzna obok Aiko i również sięgnął do kurczaka.
Nikt mu nie odpowiedział.
Zielonooka zacisnęła dłonie na kolanach i próbowała zignorować wspaniały zapach wypieczonego mięsa.
Czuła na sobie przeszywające spojrzenie Michaela.
-Podaj talerz -  brzmiało jak rozkaz. Podniosła wzrok i spojrzała na chłopaka naprzeciwko - Jeżeli zaraz nie zaczniesz jeść to wcisnę to w ciebie.
Groźba, pomyślała i mimowolnie się uśmiechnęła.
-Możesz spróbować - odpowiedziała kpiąco i podniosła swój talerze.
Nałożyła sobie małą porcję i zaczęła powoli jeść.
Przelotnie zauważyła, że niebieskooki również się uśmiechał. Jednak nie potrafiła poznać jakiego rodzaju to był uśmiech.
Po posiłku każdy po sobie pozmywał, a Samanta posprzątała całą kuchnię.
Aiko miała zamiar iść z powrotem do biblioteki, by kontynuować naukę, jednak w połowie drogi zatrzymał ją Michael. Nie zauważyła wcześniej, ale wyglądał lepiej niż rano. Cienie spod oczu zniknęły i zmienił ubrania na czyste i schludnie wyprasowane.
-Pójdziesz dzisiaj z Samantą i Davidem do miasta.
Rozkaz. Aiko nie słuchała się rozkazów. Otworzyła usta, by zaprotestować, jednak mężczyzna nie dał jej na to szansy.
-Kupisz wszystko co będzie potrzebne ci do życia tutaj. Nie toleruję sprzeciwu. Wychodzicie o czternastej.
Po powiedzeniu tego wszedł po schodach i zniknął na piętrze.
Dziewczyna spojrzała na zegar nad framugą drzwi. Wskazywał godzinę trzynastą trzydzieści.
Westchnęła i poszła do biblioteki.

niedziela, 11 stycznia 2015

Koniec. *Ograbiona ze szczęścia.*

    Wbiegam po schodach. Słyszę jak mój oddech odbija się echem od ścian korytarza i wraca do mnie. Na plecach ciąży mi łuk, a kołczan ze strzałami odbija mi się od biodra. Widzę drzwi. Szybkie kopniecie i otwierają się, wypuszczając mnie na dach.
Przede mną rozpościera się ciemne, rozgwieżdżone niebo. Nie ma księżyca, najwyraźniej tej nocy postanowił zostawić mnie samą.
Szybko spoglądam za siebie,na próżno oczekiwałam, że ktoś za mną podąży. W końcu jestem samotna od tysiąca lat.
Na mojej twarzy nie pojawia się uśmiech, tylko kilka gorących łez. Zrywam z siebie łuk,  kołczan i rzucam na zimne dachówki. Znów się rozglądam. Wciąż jestem samotna.
-Mieli przyjść. Minęło tysiąc lat. - Szepczę. - Minęło tysiąc lat! Chodźcie po mnie!! - Wykrzykuję w histerii. Padam na kolana i patrzę w niebo. - Minęło.. - Mamroczę z rezygnacją. Z czarnych jak smoła oczu wypływa mi kilka gorących  łez.
Kule się i uderzam pięścią o czerwony dach budynku. Zaczynam łkać w rozpaczy.
Zbyt długo tęskniłam i cierpiałam. Nie zasługuję na takie traktowanie. Wolę umrzeć. Te myśli krążą w mojej głowie od początku.
-Obiecałam, że wytrzymam, ale nie potrafię ukochany. - Mówię się do osoby, której już od dawna przy mnie nie ma. Patrzę w niebo załzawiona. - Nie przyszli po mnie. Jestem zbyt słaba by przetrwać. - Szepczę w rozpaczy i kładę się na boku. Łzy powoli spływają po policzkach. Tworzy się mała kałuża, która z czasem się rozszerza. Zamykam oczy i wracam myślami do przeszłości.
Pierwsze spotkanie. Pamiętam to tak dobrze, jakby nie minęły dekady, a kilka godzin. Mój pierwszy patrol, pamiętam to podniecenie i ekscytację. Świadomość trzymanej w dłoni stali, nocne przejście do wymiaru demonicznego. Powalone drzewa, wyniszczona ziemia, wypalone lasy. Skrywanie się w jak najgęstszy cieniu.  Rozdzielenie się z partnerami, by nie zostać złapanym.
I wtedy Ty, och Najdroższy, wyszedłeś mi naprzeciw. Również młody i niedoświadczony, pełen nadziei i nie przepełniony złem. Patrzyłeś na mnie nieprzeniknionymi bordowymi oczami. Lekko zmrużone powieki i zmarszczone brwi. Byłeś taki piękny. Momentalnie zapragnęłam by cie dotknąć. A ty wyciągnąłeś w moją stronę miecz i uśmiechnąłeś się bez cienia radości.
-Wybacz. Moim obowiązkiem jest cie zabić. - Mówiąc to zobaczyłam w Twych oczach ból. Nie chciałeś zabijać, co później mówiłeś mi miliony razy.
Zrobiłam to samo. Mój krótki miecz powędrował na wysokość Twoich oczu. Czułam ekscytację i ogromne podniecenie.
Pierwsza walka, pierwszy wróg! Najdroższy jakie to było cudowne uczucie!
Ruszyłam do walki pierwsza. dźwięk obijającej się o siebie stali dodawał mi sił i chęci walki. Krew buzowała w moich żyłach. A w twoich oczach wciąż było cierpienie.
-Nie czerpiesz przyjemności z walki? - Wysapałam w trakcie twoich uników. Byłeś wspaniałym wojownikiem. Długo nie mogłam cie nawet zadrasnąć, a kiedy już się udawało to rana była nadzwyczajnie płytka, co doprowadzało mnie do szału.
- Jesteś aniołem, a chcesz zabijać. Ja demon a tego nienawidzę. - Powiedziałeś beznamiętnym tonem. - Paradoks prawda? - Skoczyłeś do przodu i z impetem uderzyłeś w moją broń. Poczułam paskudny ból w dłoni, a miecz poleciał metr dalej. Zostałam bezbronna a ty nawet nie spróbowałeś mnie drasnąć.
- Dlaczego? Jesteśmy wrogami. - Wydukałam patrząc na ciebie z czystą ciekawością. Upuściłeś swoją broń i podszedłeś kilka kroków bliżej mnie. Chciałam się się cofnąć ale nie potrafiłam. Twoje oczy, takie cudowne, nie pozwalały mi się ruszyć. Nawet mnie przyciągały!
- Nie znam cie. Jak możesz być moim wrogiem? - To jedno pytanie zmieniło całe moje życie. Już wtedy czułam, że staniesz się kimś wielkim!
Cichy jęk wydobywa się z moich ust, a wraz z nim kolejna fala gorzkich łez.
Kolejne wspomnienie.
Spotykaliśmy się w jaskini na Granicy Światów. Miejscu gdzie nawet najmniej myślące demony się nie zapuszczały. Pamiętasz Ukochany jakie to było cudowne? Noce, które spędzaliśmy razem, takie rzadkie, ale przepełnione szczęściem.
Pewnego wieczoru oglądaliśmy chmury zwiastujące kolejną ulewę i paskudną burzę. Nie lubiłam, za to ty kochałeś. Kiedy zapytałam się dlaczego, odpowiedziałeś mi z szerokim uśmiechem:
- Jedynie burza potrafi zatuszować ślady wojny. - Nie rozumiałam. Często nie rozumiałam co mówiłeś, byłeś taki mądry. A ja? Byłam dzieckiem, płytko patrzyłam na świat. Ale ty nauczyłeś mnie czegoś wspaniałego!
Dałeś mi tyle miłości i przyjaźni, och na niebiosa, miłość od ciebie była najpiękniejszą ze wszystkich.
Ale została mi zabrana. Sama ją sobie zabrałam.
Kolejny cichy szloch wydobywa się z mojej krtani. Zwijam się w kulkę i płaczę. Coraz głośniej. Ciche pojękiwanie zmienia się w donośny skowyt i ryk. Podnoszę się i krzyczę jak nigdy dotąd. Płaczę, uderzam pięściami w dachówki. Po raz tysięczny ubolewam nad swoją stratą.
-Przepraszam! Przepraszam! Przepraszamprzepraszamprzepraszam... - Krzyk zmienia się w cichy bełkot. Desperacja bierze górę. Cierpienie przejmuje całe ciało. Ból. Okropny ból.
Nie do wytrzymania. Rozdziera moje serce, niszczy ciało. Mam dość, nie wytrzymam dłużej.
Podnoszę się chwiejnie, szukam wzrokiem moich strzał. Znalazłam. Idę po nie, prawie się przewracając. Pochylam się i wybieram z kołczanu ostatnie dwie.
Wracam na krawędź dachu. Spoglądam w dół. Wysoko, upadek zabiłby nawet anioła. Idealnie.
Przykładam strzały do szyi po obu stronach, nie mam szans na przeżycie.
Ostatni raz spoglądam na gwiazdy, znajome ale odległe.
- Och, Ukochany. Za chwilę będziemy razem. - Mówię przez łzy. Zamykam oczy i znów powracam myślami do naszych ostatnich wspólnych chwil.
- Akiro, musisz mnie zabić. - Mówiłeś tak poważnie, wręcz błagalnym tonem. - Nie chcę żeby to oni zrobili, rozumiesz?! - W twoich oczach odbijało się moje przerażenie. Położyłeś dłonie na moich ramionach i zacisnąłeś.
 - N-nie! - Próbowałam się wyrwać. Jak mogłam zniszczyć jedyną istotę, która tak mnie kochała?!
- Spójrz na mnie. - Odwracałam wzrok, nie chciałam. - Spójrz! - Krzyknąłeś, rzadko to robiłeś. Pociągnęłam nosem i spojrzałam na twoją twarz. Taką piękną. Skóra prawie biała i zimna, kochałam ten chłód. Bordowe oczy, oprawione gęstymi czarnymi rzęsami. Równie czarne włosy opadające na czoło. - Chcę żebyś to ty mnie zabiła, proszę, zrób to, błagam. - Widziałam twoje łzy, pierwszy raz płakałeś. Tak bardzo tego chciałeś. Zrezygnowałam.
- Daj mi zginąć z tobą, proszę, Kaoru. - Przytuliłam się do ciebie, a twoje ręce oplotły mnie, jakbyś chciał ukryć swoją małą anielice przed całym światem. Ukochany to był taki cudowny uścisk, który zapowiadał nasz wspólny koniec.
- Ty musisz żyć. Pokaż im, że nasza miłość nie jest zwykłym wymysłem. - Pocałowałeś mnie w czubek głowy i odsunąłeś się. Wyciągnąłeś miecz zza pleców i wręczyłeś mi go. - Kocham cie. Proszę żyj za nas oboje. - Chwyciłam miecz drżącymi dłońmi, nie potrafiłam tego zrobić.
Uśmiechnąłeś się przez łzy. I przyciągnąłeś mnie do siebie, a miecz przebił się przez twoją klatkę.
- Nie!! - Poczułam jak kapię mi na dłoń twoja krew. Zimna, jak reszta twojego ciała. - Nie, błagam nie! - Padliśmy na kolana. Wyciągnęłam broń z twojej klatki i wyrzuciłam jak najdalej. Na mojej twarzy było przerażenie, rozpacz i ogromny smutek. - Proszę nie zostawiaj mnie, błagam! - Krzyczałam i krztusiłam się własnymi słowami.
- Kocham Cie Akir - Nie dokończyłeś. Poczułam jak twoja głowa bezwładnie opada na moje ramię. To był koniec. Umarłeś, zostawiłeś mnie! Byłam zrozpaczona, młoda, niedoświadczona, zakochana. A ty wystawiłeś mnie na taką próbę.
A teraz stoję na krawędzi śmierci, ponieważ nie dałam sobie rady.
Mocniej przycisnęłam groty strzał do szyi. Poczułam małe stróżki krwi spływające po obojczykach i plamiące szarą koszulę. Uśmiechnęłam się po raz pierwszy od setek lat.
- Zaraz się spotkamy Kaoru. - Szepcze przez łzy, a głos mi się łamie. - Kocham cie. - Zaciskam zęby i z całej siły wbijam sobie strzały.
Okropny ból, jakby rozdzierano mnie na pół, ale zaraz po tym ukojenie. Czuję, że spadam w otchłań. Umieram. To koniec.

sobota, 10 stycznia 2015

Prolog *Ograbiona ze szczęścia.*

    To opowieść smutna i tragiczna. O Aniele, który może dawać miłość innym a sam jej nie dostaje. Jak myślicie miłość jest potrzebna Aniołom? Przecież to są istoty wspaniałe i piękne pod każdym względem. Oczywiście, że tak. Każda istota potrzebuje miłości.
Rada Sądownicza, trzynaście aniołów po prawej i czternaście po lewej. Naprzeciwko jeden, z największą władzą, okrutny i bezwzględny. Musi wydać wyrok. Patrzy najpierw na oskarżycieli, potem na obrońców. Na środku klęczy dziewczyna. Młoda anielica. Piękne białe włosy opadają na jej plecy. Trzęsie się i cicho szlocha. Jest świadoma tego co zaraz się wydarzy. Wie, że nie ma litości w ich świecie. Zdrada jest największym wykroczeniem. A ona zdradziła, w najgorszy sposób.
Sędzia wstaje, patrzy na nią wzrokiem pełnym obrzydzenia i nienawiści.
-Pora wydać wyrok. - Jego głos odbija się echem o ściany ogromnej sali. Za anielicą stoją jej rodzina i przyjaciele. Każdy patrzy na nią z tym samym wyrazem co sędzia.
Na dźwięk tych słów przechodzi ją nieprzyjemny dreszcz. Podnosi głowę. W jasno-niebieskich oczach widać ból i cierpienie. Wyczekuję ostatnich słów.
-Dopuściwszy się zdrady, sama wydałaś na siebie wyrok Akiro z roku Najwspanialszych. - Podnosi prawą rękę i wskazuję na nią. - I właśnie ten ród uratował cie od śmierci. - Szerzej otwiera oczy. Rozgląda się po sali. "Jak to?" myśli. Nic nie mówi, nie może. Rzucono na nią czar. W czasie rozprawy nic nie może mówić.  -Zostaniesz zesłana do Menegry. - Na sali rozlega się szum. Słychać głosy protestów i poparcia. Akira kuli się na podwyższeniu chcąc uniknął nienawistnych spojrzeń.
-Wstań! - Do jej uszu dobiega rozkaz. Wykonuje go. Patrzy za siebie i widzi dobrze zbudowanego mężczyznę w średnim wieku. Uśmiecha się przez łzy. Dziewczyna zaczyna płakać. "Tatusiu" wymawia bezgłośnie ruchem warg.  Kolor oczu ojca jest taki sam jak córki, włosy ma czarne. Wskazuje na nią dłonią. - Nie kul się przed nikim! Bądź dumna córko. - Po tych słowach podchodzi do niego dwóch ochroniarzy. Zostaje wyprowadzony z sali rozpraw.
Dziewczyna podnosi głowę i patrzy sędziemu w oczy. Mężczyzna uśmiecha się na ten widok. Odchrząka i mówi dalej.
- W Menegrze nie znają miłości. - Wyjaśnia. Akira wciąż nie rozumie w jaki sposób chce ją ukarać. - Dopuściłaś się zdrady poprzez miłość do potwora. Teraz będziesz rozdawać to uczucie ludziom. - Szum znika. Każdy wsłuchuje się w słowa sędziego. - Przez tysiąc lat! - Sekunda oszołomienia. Chce wykrzyknąć, że nie mogą jej tego zrobić. Z jej gardła wydostaje się tylko nieprzyjemny zgrzyt.
Teraz już nie ma dla niej nadziei. Wie, co ją czeka podczas wiecznej tułaczki po ludzkim wymiarze. Cichy szloch wyrywa się z jej ust, powoli patrzy na sędziego, w jego oczach widzi nieustępliwość. Spuszcza głowę. Akceptuje swój los.
- Natychmiast zostajesz zesłana do Menegry.  Dostaniesz wskazówki co masz robić. - Mówi beznamiętnym tonem, nie patrząc na anielicę przed sobą, lecz na jej rodzinę. Kiwa do nich głową. Oni stoją w bezruchu, wiedzą, że nie mogą pożegnać się z ukochaną córką, siostrą, bratanicą, ciotką.
Po rozprawie zostaje poprowadzona do celi, w której mieszka od kilkunastu dni w samotności, ciemności i ciszy. Małe pomieszczenie, jednak jak na więzienie dla najgorszych złoczyńców, utrzymuje się w dobrych warunkach.
Mija siedem nieubłaganie długich minut, do celi wchodzi znajomy anioł. Uśmiecha się smutno i gestem wskazuje żeby wstała.  Akira podnosi się powoli, czuje zmęczenie. Zatacza się, ale ostatecznie utrzymuje równowagę. Jest nienaturalnie blada, a oczy ma podkrążone tak jakby nie spała przez wiele dni. Tak właśnie jest.
Wyprowadza ją z celi i kieruje do jasnych drewnianych drzwi. 
-I po ci to było? - Mówi niewzruszonym tonem, jego oczy wyglądają jak skute lodem. - On zginął a ty prawdopodobnie popełnisz samobójstwo. - Zagwizdał pod nosem. Wyśmiewał ją, śmiał się z jej nieszczęścia. - Zakochać się w takim ścierwie jakim jest demon. - Parska obrzydliwym śmiechem. Dziewczyna wzdryga się i spogląda na niego wilkiem. Chwila zastanowienia. Rezygnuje, wypuszcza z siebie całe powietrze i zwiesza ramiona. 
-Przymknij się. - Mówi cicho, bez woli walki. Już dawno temu zrezygnowała z walki. 
Bezduszny anioł śmieje się jeszcze głośniej niż wcześniej. Dźga ją ręką w plecy i zmusza by zrobiła krok w stronę drzwi. 
- Mam nadzieję, że zginiesz w najgorszych męczarniach Zac. - Jej głos tnie powietrze jak ostrza. Tym razem to mężczyzna się wzdryga. Poważnieje i popycha ją wprost w świecące czystym, białym światłem drzwi. 
- Jeszcze się przekonany. - Akira słyszy za sobą zdanie wypowiedziane z czystą nienawiścią. Uśmiecha się pod nosem. 
Czuje jakby jej ciało zanurzało się w lodowatej wodzie, która w nie wnika i dochodzi do kości. 
Oczy zaczynają szczypać niemiłosiernie. Dziewczyna wije się w męczarniach i spazmach bólu. 
Po minucie, która wydawała się trwać wieczność, zostaje wypluta do nowego świata. Podnosi się cała obolała i rozgląda. 
Białe włosy zmieniają swój odcień z czystego niczym światło wydobywające się z drzwi przez, które musiała przejść, na szary i brzydki. Brudny. Za to oczy, które niegdyś uznawane były za najpiękniejsze i świadczące o miłości, czarnieją i zaczynają wyglądać niczym węgle. 
Patrzy na swoje dłonie. Są takie same jak zwykle. Wzdycha i podnosi wzrok. Obok niej pojawia się biały łuk i kilka czarnych, wąskich strzał, zakończonych ostrymi grotami.
Bierze je w dłonie i czuje tryskającą z nich moc. 
- Nie dam się. Będę żyła dla ciebie. - Mówi cicho. To jest jej obietnica, której nigdy nie złamie. 
Zdeterminowana rusza przez siebie, idąc przez pustkowia, lasy i pustynie. Roznosząc miłość, tym, którzy nie doznali zaszczytu jej poznać.

wtorek, 6 stycznia 2015

Trochę akceptacji. *Piekielne Dobro*

   Obudziły ją promienie słońca wdzierające się przez szczelinę między zasłonami. Podniosła się leniwie i rozejrzała po pomieszczeniu, w  którym się znalazła.
Białe ściany, bez żadnych obrazów, lub plakatów. Duża ciemno-brązowa szafa ustawiona pod ścianą naprzeciwko, dwuosobowego łóżka w tym samym kolorze. Pościel była biała. 
Dziewczyna przetarła zaspane oczy. Pokój wydawał się bardzo sterylny, jakby nikt od bardzo dawna w nim nie mieszkał. Na biurku pod oknem był nienaganny porządek. Nie było najmniejszego śladu kurzu lub jakichkolwiek zabrudzeń. 
Pamiętała co się wydarzyło zanim zapadła w sen regeneracyjny. Walczyła z jednym ze Strażników. Chciała go zabić, z zimną krwią i ogromną przyjemnością. 
Przerwała jej Akiva, anielica, która opiekowała się Aiko po tym jak ojciec został skazany na śmierć. Jednak nie była pewna gdzie dokładnie jest i co stało się z trójką aniołów.
Ściągnęła z siebie kołdrę i zwiesiła nogi z łóżka. Zauważyła, że ma na sobie swoją koszulkę i jeansy. Bluza i skarpetki gdzieś zaginęły.
Dotknęła bosymi stopami zimnych paneli podłogi. Wzięła trzy głębokie oddechy i z rozwagą spróbowała wstać. Pamiętała jak czuła się po pierwszym razie, kiedy demoniczna krew przejęła jej ciało.
Tym razem jednak nie poczuła mdłości ani zawrotów głowy. Jeszcze raz rozejrzała się po pokoju w nadziei, że gdzieś leży zaginiona część jej garderoby. Niestety nic nie zauważyła.
Ruszyła w stronę drzwi z ciemnego drewna. Nie wiedziała czemu, ale szła na palcach, jakby się skradała.
Dotknęła dłonią mosiężnej klamki, wzięła głęboki oddech i przekręciła ją. Drzwi otworzyły się z lekkim skrzypem. Dziewczyna powoli wystawiła za nie głowę by się rozejrzeć.
Ku jej rozczarowaniu zobaczyła znajomy salon, z jasno-brązowymi ścianami, kominkiem, dużą miękką kanapą i fotelem naprzeciwko niej. Zrobiła zdegustowaną minę i już nieco pewniej wyszła z pokoju, przekonana, że nie było nikogo w pomieszczeniu.
- O, Mike! Śpiąca Królewna wstała! - Po prawej od Aiko, w framudze drzwi stała niska rudowłosa dziewczyna. Ubrana w szare dresy i za duży męski sweter. W rękach trzymała miskę, prawdopodobnie z płatkami, oraz kubek, z którego unosiła się para.  Wpatrywała się w brunetkę przenikliwym spojrzeniem, jakby chciała ocenić czy ją zaatakuje, czy może sobie to oszczędzi.
W tym czasie Aiko zastanawiała się czy znów wpaść w furię i od razu zabić tą małą, rudą francę. W ostatniej chwili się opanowała. Patrzyła na anielicę nieprzyjaznym wzrokiem.
Usłyszała kroki, odwróciła głowę w stronę, z której dobiegał dźwięk. Po drugiej stronie pokoju znajdowały się schody, których brunetka wcześniej nie zauważyła. Schodził po nich Michael, Strażnik, którego omal nie zabiła.
Włosy miał potargane a pod oczami cienie. Wygniecione ubranie, wyglądało jakby w nim spał. Sprawiał wrażenie wraku człowieka. Dziewczyna zaczęła się zastanawiać czy to jej wina. "Nie. Napatoczył się to musiałam się go pozbyć." powiedziała w myślach i wyprostowała się. Nie miała zamiaru pokazywać wrogom, że ma mętlik w głowie i czuje się co najmniej nieswojo.
-Aiko usiądź proszę, musimy porozmawiać. - Powiedział mężczyzna zachrypniętym głosem. Dłonią przeczesał brązowe włosy i skierował się do fotela. Opadł na nim, a na jego twarzy odmalowała się ulga.
Rudowłosa zniknęła, prawdopodobnie wróciła do pomieszczenia, z którego przyszła by podkablować, że zielonooka się obudziła.
Po krótkiej chwili wahania usiadła na krawędzi kanapy. Pod jej ciężarem sprężyny zatrzeszczały, dziewczyna lekko się skrzywiła.
-Gdzie Akiva? - Zapytała rzeczowym tonem. Nie miała zamiaru spoufalać się z kimś takim jak on, lub reszta jego bandy. Patrzyła mężczyźnie prosto w oczy, nie uciekała wzrokiem. Za wszelką cenę chciała chociaż sprawiać wrażenie silnej.
-Wróciła do Cyktorii. - Wyjaśnił.
Z bliska wydawał się mniej atrakcyjny, stwierdziła dziewczyna. Możliwe, że to przez te wory pod oczami i widocznym zmęczeniem, które "zdobiło" jego twarzy.
-Cyktorii? - Nic jej ta nazwa nie mówiła. Wpatrywała się Michaela, tym razem pytającym wzrokiem.
Domyślała się co mężczyzna miał zamiar powiedzieć. Skoro Akiva zniknęła bez pożegnania, to mogło znaczyć, że Aiko została pod opieką Strażników.
-Nie wiesz co to za miejsce? - Odpowiedział pytaniem. Z niedowierzaniem i zaciekawieniem patrzył na jej twarz. - Przecież wychowywałaś się tam. - Dodał po krótkiej chwili, kiedy dziewczyna nic nie odpowiedziała.
Miał rację. Coś zaświtało jej w głowie. Nie znała nazw wymiarów, nikt jej tego nie nauczył. Całe życie dziewczyny to była ucieczka i wieczne ukrywanie się przed całym światem. Spuściła głowę.
-Dlatego Pani Akiva chciała żebyśmy cie uczyli. - Mruknął sam do siebie. Potarł podbródek dłonią, zapadła cisza. Dało się słyszeć ich nierówne oddechy. Dopiero wtedy Aiko zdała sobie sprawę, że oboje są zdenerwowani przebywaniem w swojej obecności. Nie dziwiła się chłopakowi. W końcu prawie go zabiła.
-Posłuchaj.. - Wznowił swoją wypowiedź. Dziewczyna wzdrygnęła się wyrwana ze swoich rozmyśleń. - Ani ty, ani my nie mamy żadnego wyboru. Musimy spędzić razem rok. My będziemy cie uczyć historii i walki, a ty nie będziesz próbowała nas zabić. - To brzmiało jak rozkaz, któremu Aiko instynktownie chciała się przeciwstawić. Powstrzymała się. Dobrze wiedziała, że nie miała kompletnie żadnego wyboru. To nie był rozkaz Michaela tylko Akivy, której zielonooka jest całkowicie podporządkowana.
-Dobrze. - Powiedziała ze sztuczną pewnością siebie. W tamtym momencie przypomniało jej się o Tomoe i medaliku, który ją chronił. Gorączkowo włożyła ręce w kieszenie. Dopiero kiedy poczuła pod palcami rogi gwiazdki uspokoiła się. Jej jedyna broń pozostała na miejscu.
Spojrzała na mężczyznę, miała do niego kilka pytań. Wzięła wdech i zapytała.
-Co z wilkołakami z motelu? Ilu zginęło, jakie straty i zniszczenia? - To było dla niej w danej chwili najważniejsze. Istoty, które chroniły ją ceną własnego życia, chociaż ona nic dla nich nie robiła.
- Zginął tylko staruszek, który miał dyżur na recepcji. - Powiedział z zawahaniem. - Wszystko już jest naprawione. Reszta stada ma się dobrze. - Dodał.
Aiko odetchnęła z ulga i oparła się o kanapę. Przypomniała sobie o jeszcze jednej rzeczy,
-Gdzie jest torba z moimi rzeczami? Wzięliście ją z motelu czy została tam? - Rozejrzała się po pomieszczeniu. W głębi ducha miała nadzieję, że nie zabrali jej bagażu, będzie miała pretekst żeby wyjść i odpocząć od cholernych aniołów.
- Tak, wszystko jest. - Powiedział ze złośliwym uśmiechem. Przynajmniej takie wrażenie miała Aiko. Michael wstał i wyszedł z salonu. Minęła chwila zanim wrócił. Na rękach trzymał dużą, skórzaną torbę zielonookiej. Podszedł z nią do kanapy i upuścił. Upadła z głuchym hukiem i nieprzyjemnym trzaskiem uderzającego o siebie metalu.
Obrzuciła chłopaka zimnym spojrzeniem. Delikatnie podniosła swoją własność i zajrzała do środka.
Wszystko było na swoim miejscy. Zasunęła suwak, zapięła trzy paski na guziki i odstawiła bagaż na podłogę.
-Co mam teraz robić? - Zapytała. Niebieskooki nie odrywał od niej wzroku, lustrował całe jej ciało jakby chciał zapamiętać najmniejszy szczegół. Przeszedł ją nieprzyjemny dreszcz.
-Za kilka minut David powinien wrócić. Pójdziesz z nim do gabinetu i zaczniesz naukę od podstaw. - oznajmił i wstał z fotelu. - Sam! - Zawołał patrząc za Aiko. - Zrób coś do jedzenia, nasz gość nie jadł od trzech dni.
- Dobrze. - Rudowłosa wychyliła się zza drzwi i bez najmniejszego entuzjazmu pokiwała głową, bujne loki zasłaniały dziewczynie pół twarzy. Posłała Michaelowi słaby uśmiech i zniknęła.
Kiedy do Aiko doszła wiadomość, że spała przez trzy dni gwałtownie wstała z kanapy.
-Trzy dni?! - Prawie wykrzyknęła. Coś takiego nigdy wcześniej się nie zdarzyło, przeważnie wystarczyła doba na całkowite zregenerowanie sił.
-Tak. - Odpowiedział znużonym tonem. - Musiała wykończyć cie walka ze mną. - Dodał ze złośliwym uśmieszkiem.
Dziewczyna nie zdążyła nic odpowiedzieć, ponieważ w tamtym momencie drzwi wejściowe otworzyły się, a w nich pojawił się dobrze zbudowany, wysoki blondyn.
-O.. Widzę, że przyszedłem w dobrym momencie. - Powiedział z uśmiechem, patrząc na przyjaciela. - To co, bierzemy się do nauki? - To pytanie skierował do zielonookiej. Zdziwiła się kiedy z jego twarzy nie zszedł szczery, przyjazny uśmiech.
Niepewnie próbowała go odwzajemnić. Postanowiła, że spróbuje jakoś dogadać się ze Strażnikami. W końcu nie miała innego wyboru.
-Dobrze. - Pokiwała lekko głową i kątem oka spojrzała na Michaela. Na jego twarzy widać było odprężenie.
"Czyżby aż tak bardzo męczyła go moja obecność?" przeszło jej przez myśl.
David ściągnął buty i powiesił płaszcz na haczyku przy drzwiach. Machnął ręką na dziewczynę, żeby za nim poszła. Brunetka zabrała swoją torbę z podłogi i ruszyła za blondynem, który wyszedł na mały korytarzyk. Po jego obu stronach znajdowały się po dwie pary drzwi.
Chłopak podszedł do drugich po lewej i otworzył je, gestem wskazał, żeby Aiko weszła pierwsza. Posłuchała go. Po wejściu zobaczyła dość duże pomieszczenie, które utrzymywało ten sam klimat co reszta domu. Ciemno-brązowe ściany i ciemne, stare meble.
Pod oknem stało duże biurko, a na nim równo poukładane, różnej wielkości książki.
Reszta ścian była okupowana przez regały z tysiącami różnych ksiąg.
Ten widok zaparł Aiko dech w piersi. Nigdy nie widziała tylu dzieł literackich w jednym miejscu. Podeszła do jednej z pólek i przejechała palcem po grzbietach ksiąg poukładanych na niej.
-I będę musiała się tego wszystkiego nauczyć? - Zapytała z niedowierzaniem, jednak na jej twarzy malował się szeroki uśmiech, którego blondyn nie widział.
-Niestety tak. - Odparł David, zamykając za sobą drzwi. - Łatwo pójdzie, nie musisz się martwić.. - Nie zdążył skończyć, ponieważ dziewczyna mu przerwała.
-Mi to pasuje. - Odwróciła się do niego przodem z lekkim uśmiechem.
Przekonał ją do siebie, na początku szczerym uśmiechem, który posłał w jej stronę, potem tą wspaniałą biblioteką. To Davida najbardziej polubiła z całej trójki.
-Bierzmy się do roboty. - Powiedział z lekkim entuzjazmem w głosie i podszedł do biurka.
Aiko cicho ruszyła za nim, kładąc swoją torbę pod jednym z regałów.


ohoho. Postarałam się w tym rozdziale. Jest chyba najdłuższy ze wszystkich. (Jestem z siebie dumna ^.^)
Mam nadzieję, że i moim czytelnikom się spodoba. Piszcie proszę swoje opinię, bo to albo daje kopa do dalszej pracy, albo zmusza do poprawy!
Niedługo możecie się spodziewać nowości, którą zapowiedziałam w poprzednim poście.
Mam nadzieję, że nikt się na mnie nie zawiedzie!
Pozdrawiam!
Autorka.

piątek, 2 stycznia 2015

*Zapowiedź czegoś nowego*

Hej, Hej. :)

Czasami brak mi weny na dalsze pisanie "Piekielnego Dobra" wtedy piszę One Shot'y.
Postanowiłam, że będę je tu wstawiać. Żeby nie było pusto w trakcie zastojów  mojej weny.

Właśnie jestem w trakcie pisania pobocznej historii jednego z aniołów. Mam nadzieję, że się spodoba :3

Wstawię tutaj fragment.

"-Dopuściwszy się zdrady, sama wydałaś na siebie wyrok Akiro z roku Najwspanialszych. - Mężczyzna podnosi prawą rękę i wskazuję na nią. - I właśnie ten ród uratował cie od śmierci. - Anielica szerzej otwiera oczy. Rozgląda się po sali. "Jak to?" myśli. Nic nie mówi, nie może. Rzucono na nią czar. W czasie rozprawy nie może odezwać się słowem.  -Zostaniesz zesłana do Menegry. - Na sali rozlega się szum. Słychać głosy protestów i poparcia. Akira kuli się na podwyższeniu chcąc uniknął nienawistnych spojrzeń. "

Wkrótce wstawię całe opowiadanie.
Piszcie w komentarzach, czy to dobry pomysł. 
Każdy komentarz motywuje i pomaga ! :)