piątek, 30 stycznia 2015

Wilcza przyjaźń. *One shot*

   Czekałam na niego każdego wieczoru. W tym samym miejscu. Zawsze byłam na czas, a on się spóźniał.
Stary plac zabaw. Zardzewiałe huśtawki, skrzypiąca karuzela i poniszczone drabinki. To był nasz azyl. To tam poznałam mojego pierwszego przyjaciela. Przyjaciela, który okazał się istotą z innej rzeczywistości.
Miałam sześć lat. Codziennie przychodziłam bujać się na huśtawce ze starszym bratem.
Nasza mama ciężko chorowała, a ojciec nie ruszał się ze szpitala. Był z nią cały czas.
Nie rozumiałam tego. Nienawidziłam go za to, że zostawił mnie i brata samych. Teraz żałuję, że nie okazywałam mu więcej uczucia.
W moje szóste urodziny, trzydziestego sierpnia, Nataniel zabrał mnie późnym wieczorem na plac, by oglądać gwiazdy. Położyliśmy się na mokrej od rosy trawie i patrzeliśmy przez kilka godzin w niebo. Brat pokazywał mi konstelacje, opowiadał legendy i historie, które wymyślał na poczekaniu.
To były najwspanialsze urodziny w całym moim krótkim życiu. Do czasu.
Późno w nocy, kiedy pozbieraliśmy się i ruszyliśmy w stronę domu zadzwonił ojciec. Powiedział, że mama zmarła kilka minut wcześniej i, że nie wróci już do domu. Nat zaczął płakać. Padł na kolana i mocno mnie ściskał.
Chciałam zareagować jak on, w końcu byłam dzieckiem, któremu umarła mama, Jednak na moich policzkach nie pojawiła się ani jedna łza.
Pamiętam, że byliśmy niedaleko domu, do którego nie chciałam wracać. Nie chciałam patrzeć jak brat, którego uważałam za najsilniejszego i najwspanialszego mężczyznę, się rozklejał i załamywał.
Wyrwałam się z jego uścisku i pobiegłam przed siebie, potykając się.
Zanim się spostrzegłam znalazłam się na środku placu zabaw.
Ciężko dysząc, powoli poszłam w stronę pordzewiałych i wyniszczonych drabinek. Przecisnęłam się między nimi i usiadłam opierając się o jedną z metalowych rur. Podciągnęłam kolana pod brodę, objęłam je ramionami i oparłam się na nich brodą.
Siedziałam tak nie wiadomo ile. Czekałam aż przyjdzie Nataniel, powie kojącym głosem, żebym z nim wróciła i weźmie mnie na ręce, ale tak się nie stało.
Zakryłam twarz dłońmi i w końcu zaczęłam płakać.
Łzy zmoczyły mi kołnierzyk błękitnej sukienki, a smarki spływały z nosa.
Kiedy zaczęło świtać usłyszałam cichy śmiech i skrzyp huśtawki. Podniosłam głowę i zobaczyłam chłopca. Sam bujał się w najlepsze i śmiał, nigdy nie słyszałam takiej radości.
Poruszyłam się lekko, czując, że zdrętwiały mi nogi.
Śmiech chłopca ucichł, a jego wzrok padł na mnie. Mimo tego, że był oddalony ode mnie o kilka metrów, wyraźnie dostrzegłam kolor jego oczu. Skrzyły się srebrem.
Na początku patrzył na mnie z niepokojem, który po krótkiej chwili jakby wyparował. Chłopiec podniósł się z huśtawki i podbiegł do mnie. Zatrzymał się dwa metry dalej i przykucnął.
Włosy miał w kolorze ciemnego brązu, a ubrany był w niebieską koszulkę z wytartym nadrukiem i beżowe, krótkie spodenki.
-Czemu płaczesz? - zapytał patrząc mi w oczy.
Ścisnęłam dłonie w piąstki i wytarłam oczy i nos rękawem sukienki. Zostawiłam na nim kilka plam.
-Nie płaczę - odpowiedziałam dumnie i pociągnęłam nosem.
Chłopiec wyszczerzył się w uśmiechu i podpełzł bliżej.
-Moja mama mówiła, że to dobrze, że się płacze i nie można się tego wstydzić. - oświadczył wesoło.
-Nie obchodzi mnie co mówiła twoja mama. - bąknęłam i wstałam, strzepując z siebie piasek.
Sztywno wyminęłam chłopca i ruszyłam przed siebie. Nie chciałam wracać do domu, jednak moja dziecięca duma nie pozwalała mi tam zostać.
Poczułam na swoim nadgarstku ciepłą dłoń.
-Gdzie idziesz? - mówił z radością w głosie.
Nie wiem dlaczego, ale pomogło mi to. Odwróciłam się z lekkim uśmiechem i policzkami parzącymi od rumieńców.
-Gdzie jest twoja mama? - wypaliłam bez namysłu.
Chłopiec uśmiechnął się jeszcze szerzej.
-Wszędzie! - Wykrzyknął i wciąż trzymając mnie za nadgarstek pobiegł w stronę karuzeli.
-Jak to wszędzie?
Zaparłam się piętami czym zmusiłam chłopca do zatrzymania się. Patrzyłam na niego surowym wzrokiem.
-Kłamiesz! - wykrzyknęłam, wydzierając swoją dłoń z jego uścisku - Tak się nie da!
Chłopiec patrzył na mnie z pewnością siebie. Podobały mi się jego srebrne oczy.
-Mama powiedziała mi, że jak zniknie to znaczy, że jest wszędzie.
Wydawało mi się, że zauważyłam przebłysk smutku w srebrnych oczkach. Jednak zniknął równie szybko jak się pojawił.
-Twoja mama.. zniknęła?
Potaknął kiwnięciem głową i posłał mi najpiękniejszy uśmiech jaki widziałam.
Zaczęłam płakać. Jeszcze mocniej niż wcześniej. Mocniej niż Nataniel.
Złapałam chłopca za przód koszulki i położyłam głowę na jego klatce. Niespodziewanie poczułam jego dłonie na moich plecach. Zaczęłam łkać jeszcze głośniej.
Nie wiem jak długo tak staliśmy a ja płakałam. Kiedy w końcu się uspokoiłam słońce wyszło ponad horyzont i oślepiało swoim blaskiem.
-Muszę już iść do domu. - oświadczył chłopiec i powoli się ode mnie odsunął.
Wytarłam twarz w rękawy i pociągnęłam nosem.
-Ja też. - odpowiedziałam.
Patrzeliśmy na siebie chwilę w milczeniu.
-Jestem Dominik.
Wyciągnął w moją stronę dłoń i z determinacja patrzył mi w oczy.
-Jill - powiedziałam cicho swoje imię i połączyłam nasze dłonie w uścisku.
Uśmiechnął się szeroko, pokazując białe i ostre zęby.
-Teraz muszę iść do stada, ale wrócę tutaj o tej samej porze co dzisiaj.
"Stada?" pomyślałam. "Może tak mówi na swoją rodzinę."
-Będziesz na mnie czekać? - zapytał lekko się rumieniąc.
Pokiwałam energicznie głową, odwróciłam się i pobiegłam do domu.
W mieszkaniu przywitał mnie pijany Nataniel. Nie rozumiałam dlaczego tak się zachowywał.
Cały dzień unikałam kontaktu z nim. Wyczekiwałam wieczoru. Jedyne czego chciałam to spotkać się z chłopcem, którego poznałam.
Nad ranem, kiedy na dworze zaczynało się przejaśniać, a ptaki wybudzały się, ze swojego krótkiego snu, wymknęłam się z domu i szybko pobiegłam na plac zabaw.
Chłopiec nie czekał na mnie. Było cicho i strasznie. Jednak nie wróciłam do domu. Usiadłam na huśtawce i czekałam.
Pięć minut, piętnaście, dwadzieścia.. Po trzydziestu minutach, które cicho liczyłam, na krańcu placu pojawił się chłopiec o srebrnych oczach i brązowych włosach. W poszarpanej koszulce z poprzedniego dnia i tych samych spodenkach.
-Jill! - krzyknął i pobiegł w moją stronę.
Na jego twarzy promieniał piękny i szczery uśmiech.
-Przyszłaś! - usiadł na huśtawkę obok i zaczął się kołysać, wbijając we mnie swój wzrok.
-Oczywiście, głuptasie. - powiedziałam, dumnie podnosząc głowę - Nie łamie się danego słowa.
Roześmiał się. Tym samym pełnym radości śmiechem, który od razu mi się udzielił. Śmialiśmy się razem, bardzo długo.
Dominik opowiadał mi o swojej rodzinie i o mamie, którą kochał nad życie. Ja odwdzięczałam mu się opowieściami brata. Mówiłam co lubiłam robić z Natanielem.
Żaliłam się, że popadł w alkoholizm, że zachowywał się nie jak mój brat.
Po kilku godzinach rozeszliśmy się z obietnicą powrotu o tej samej godzinie w to samo miejsce.
I tak się działo. Dzień w dzień, wczesnym rankiem, kiedy ptaki budziły się do życia, my spotykaliśmy się na placu zabaw. Bawiliśmy się i rozmawialiśmy.
Pory roku mijały nie ubłagalnie szybko. Po lecie nastąpiła jesień, a po niej sroga zima. Jednak nic nie stanowiło przeszkody dla naszych spotkań.
Nabierałam wprawy w wymykaniu się z domu i okłamywaniu brata, który staczał się coraz niżej.
Nasza przyjaźń rozkwitała i czuliśmy się przy sobie coraz swobodniej.
Wiosną, kiedy kwiaty kwitły i wszystko budziło się do życia, dowiedziałam się czegoś szokującego.
-Hej, Jill - chłopiec wydawał się wyjątkowo nieswój.
-Co? - odpowiedziałam huśtając się coraz wyżej.
-Pamiętasz jak mówiłem ci, że moja rodzina jest inna niż twoja? - zapytał cicho i spuścił wzrok.
Zeskoczyłam z huśtawki i stanęłam przed nim.
-No, pamiętam.
Zaważyłam, że zaciskał pięści.
-No mów co chcesz powiedzieć. - rozkazałam surowo.
Dominik lekko się uśmiechnął i spojrzał na mnie.
-Ale nie zaczniesz się mnie bać?
To pytanie zdenerwowało mnie.
Położyłam dłonie na jego policzkach i sprawiłam, ze spojrzał mi w oczy.
-Jeszcze raz powiesz, że mogę się czegoś bać to cie zleję. - powiedziałam przez zaciśnięte zęby i mocniej ścisnęłam jego policzki.
To przekonało chłopca i wypalił prosto z mostu.
-Nie jestem człowiekiem, Jill.
-Wiem.
To prawda, domyśliłam się po pierwszym miesiącu naszej znajomości.
Może i byłam głupią sześciolatką, ale zachowanie chłopca, ostre zęby i paznokcie, oraz kolor oczu, który nie występował u nikogo innego, budziły u mnie pewne podejrzenia.
-Jak to "wiesz"?
Zauważyłam zdumienie w jego ślepiach.
Roześmiałam się i odsunęłam kawałek.
-No normalnie! - wykrzyknęłam i zakręciłam się na palcach. - Tylko nie wiem czym jesteś.
Zatrzymałam się i pochyliłam w jego stronę.
-Powiesz mi? - uśmiech nie schodził z mojej twarzy.
-Mogę ci pokazać.
Złapał mnie za dłoń i pociągnął w najbardziej oddalony od ulicy zakamarek placu zabaw, który graniczył z lasem. Stamtąd zawsze wychodził chłopiec, kiedy mieliśmy się spotkać.
-Zasłoń oczy. - poprosił, a ja to zrobiłam.
Próbowałam podglądać miedzy palcami, ale od razu to zauważył i zawołał karcącym tonem "Jill! Nie oszukuj!"
Po krótkiej chwili usłyszałam ciche powarkiwanie. Nie wytrzymując odwróciłam się.
Stanęłam jak wryta. Otworzyłam szeroko oczy ze zdumienia.
Przede mną stał wilk. Wpatrywał się we mnie znajomymi, srebrnymi ślepiami.
Stał nieruchomo dopóki ja nie zrobiłam kroku do przodu.
Wyciągnęłam dłoń i opuszkami palców dotknęłam brązowej sierści.
Była miła w dotyku. Puszysta i miękka.
Szybko oswoiłam się z tą wiadomością.
Z wiadomością, że mój pierwszy przyjaciel był wilkołakiem.
Lata mijały a ja dowiadywałam się coraz więcej o świecie, o którym zwykły człowiek nie miał prawa wiedzieć.
Dominik opowiadał mi o tradycjach Wilków. O jego stadzie.
Mówił też o istotach z innego świata. Opowiadał, że gdzieś bardzo daleko stąd żyją piękne i wspaniałe anioły, z wyglądu podobne do ludzi. Mówił, że posiadają ogromne białe skrzydła i bardzo rzadko przychodzą na Ziemię.
-Widziałeś je kiedyś? - zapytałam leżąc na jego brzuchu i patrząc w gwiazdy.
Minęło sześć lat od naszego pierwszego spotkania. W czasie rozmów dowiedziałam się, że chłopiec urodził się rok przede mną.
Miałam wtedy dwanaście, a on trzynaście lat.
U mnie zaczynał się wiek dojrzewania, pierwsze miłości, zmiana wyglądu i ciała.
Za to Dominik zaczynał wkraczać w dorosłość i przygotowywać się do roli przywódcy stada.
Coraz rzadziej się spotykaliśmy, jednak nasz więź nie znikała, wręcz odwrotnie, pogłębiała się.
-Co widziałem? - głowę podpierał skrzyżowanymi ramionami Podniósł ją trochę i spojrzał na mnie.
-Anioły. - podniosłam się. Usiadłam obok niego i spojrzałam na jego twarz z góry.
Coraz bardziej przypominał mężczyznę, niż chłopca. Linia szczęki stała się bardziej wyrazista. Nos miał lekko zgarbiony, co dodawało mu uroku. Był przystojny.
-Nie. Ojciec mówi, że lepiej ich nie spotykać. - ziewnął - Podobno są bezwzględne i lubią zabijać.
Wzruszył ramionami, po chwili również się podniósł.
-Chciałabyś nauczyć się widzieć chochliki i elfy leśne? - zapytał z entuzjazmem, który od razu mi się udzielił.
-Tak! - kiwnęłam energicznie głową.
Zaczął mi tłumaczyć jak wyglądały te istoty. Powiedział, że trzeba się skupić i wierzyć, że istnieją, by je dojrzeć.
Nie zdążyłam spróbować, minęły nasze chwile spokoju. Musiałam wracać do domu i przygotować się do szkoły, a chłopak musiał jak każdego dnia, uczyć się pod okiem ojca.
Przez kolejny tydzień, kiedy się nie widzieliśmy, próbowałam wypatrzeć istoty mistyczne, co przychodziło mi z trudem.
Kilka godzin przed nocnym wyjściem na plac zabaw, usiadłam przed oknem i skupiłam się najbardziej jak potrafiłam.
Powtarzałam sobie w głowie "wierzę. Wierzę. Wierzę.."
Aż w końcu, kiedy wyczerpanie brało górę, ujrzałam małą istotkę o szpiczastych uszach i wielkości krasnala ogrodowego. Siedziała na gałęzi drzewa niedaleko mojego domu. Nogi miała zwieszone i lekko się kołysała. Zauważyłam, że skórę miała w odcieniu wiosennych liści.
W końcu mi się udało. Rozradowana pognałam w miejsce naszego spotkania.
Opowiedziałam o wszystkim Dominikowi. Razem uczciliśmy mój sukces wspólnym oglądaniem letnich gwiazd.
Zasnęłam leżąc na jego brzuchu. Śniłam o wspaniałych skrzydlatych istotach i elfie, którego widziałam.
Przed siódmą Dominik odprowadził mnie do domu, po czym wrócił do swojego stada.
Spotykaliśmy się coraz rzadziej. Zdarzało się, że nie widzieliśmy się przez kilka tygodni, zajęci swoimi obowiązkami.
Ja stawałam się kobietą, poszłam do gimnazjum, zajmowałam się chłopcami w moim wieku.
A mój przyjaciel stawał się dorosłym i odpowiedzialnym wilkiem. Dojrzewał szybciej niż ludzcy chłopcy w jego wieku.
Ceniłam to w nim. Nigdy nie patrzył na mnie jak reszta. Wiedziałam, że wciąż widział we mnie zapłakaną sześciolatkę.
Cieszyło mnie to. Nienawidziłam spojrzeń dorastających chłopców. Nigdy nie patrzyli mi w oczy. Wzrok zatrzymywali na klatce i tyłku.
Doprowadzało mnie to do szału.
Pewnego dnia poprosiłam Dominika, żeby nauczył mnie walczyć.
-Po co? - leżał na plecach na karuzeli a ja siedziałam na huśtawce.
-Bo mam już piętnaście lat, piękne ciało i boję się, że jakiś obleśny chłopak chciałby je dotknąć bez mojej zgody. - posłałam mu chytry uśmiech i czekałam na reakcję.
-Nie.
Spodziewałam się tego.
-Jeny, Wilczku, nie bądź taki - Nie pamiętam kiedy zaczęłam tak na niego mówić. Wiem, że to lubił.
Westchnął przeciągle i z irytacją. Podniósł się, a jego pięść powędrowała w stronę mojej twarzy.
Zatrzymał ją milimetry od mojego nosa.
Wzięła szybki oddech i spojrzałam na niego z uśmiechem.
-Mogę to potraktować jako zgodę?
I tak właśnie zaczęłam spędzać więcej czasu z moim przyjacielem.
Zmieniliśmy godziny spotykania się.
Przez następnych kilka miesięcy codziennie pod wieczór przychodziłam na plac zabaw. Ubrana w dres i luźna koszulkę. Uczył mnie jak się bronić, a z czasem atakować.
Po pewnym czasie dorównałam mojemu mistrzowi, i oboje staliśmy się dla siebie wyzwaniem.
Przewyższał mnie siłą. Zawsze tak było.
Osiemnaste urodziny spędziłam z Dominikiem. Obiecał, że cały dzień będzie ze mną i tak było.
Chodziliśmy po mieście smakując różnych pyszności, poszliśmy nad rzekę się kąpać.
Wtedy po raz pierwszy zobaczyłam jego ciało w prawie całej swej okazałości. Idealnie wyrzeźbione mięśnie, wąskie biodra i szerokie ramiona.
Zdałam sobie wtedy sprawę z tego, że stał się mężczyzną. Bardzo atrakcyjnym mężczyzną.
Kiedy szliśmy ulicą każda kobieta się za nim oglądała. Nawet starsze panie po pięćdziesiątce.
Złapałam się na poczuciu zazdrości, które od razu z siebie usunęłam.
Wieczorem poszliśmy na plac zabaw. Jak zwykle położyliśmy się na trawie i oglądaliśmy gwiazdy, to stało się naszą codziennością, czymś normalnym.
Dominik zaczął mi mówić o wszystkim co słyszał od ojca. Że anioły sprowadzają coraz więcej swoich na ziemię, dlatego, że demony zaczęły coraz bardziej żerować na ludziach.
Słuchałam tego bez cienia strachu. Miałam przy sobie silnego wilka, czułam się bezpieczniejsza niż kiedykolwiek wcześniej.
-Jill.. - niebo się rozjaśniało, a ptaki zaczynały budzić się do życia - muszę ci coś ważnego powiedzieć.
-Co? - wymamrotałam w półśnie.
-Ojciec postanowił przenieść się ze stadem. Jutro wyjeżdżamy.
Minęła chwila zanim dotarło do mnie co powiedział. Podniosłam się gwałtownie i spojrzałam na niego z niedowierzaniem.
-Jak to?! - krzyknęłam - Nie możesz tak po prostu odejść.
Czułam łzy. Jednak powstrzymałam je siłą woli.
-Jill, proszę posłuchaj mnie.
Wyciągnął w moją stronę dłoń i położył mi ją na ramieniu.
-Wrócę. Obiecuję. - Zacisnął palce, poczułam jak wbijały mi się w ramię.
-Dobrze, będę na ciebie czekać.
Wymusiłam uśmiech. Miałam nadzieję, że nie zauważył tego jakże żałosnego posunięcia.
Myliłam się.
Przyciągnął mnie i objął w przyjacielskim uścisku.
Schowałam twarz w jego bluzie i pogrążyłam się w cichej rozpaczy.
Poczułam się jak dwanaście lat wcześniej. Kiedy w dniu naszego pierwszego spotkania wypłakiwałam mu się w koszulkę.
Podniosłam głowę i zauważyłam, że na mnie patrzył. Był wyższy ode mnie o kilkanaście centymetrów.
Pochylił się i złożył delikatny pocałunek na moim policzku.
-To obietnica. Wrócę, rozumiesz? - powtórzył się.
Zdałam sobie wtedy sprawę z tego, że traktował mnie nie tylko jak przyjaciółkę. Byłam jedyną kobietą w jego życiu.
Resztę ranka spędziliśmy leżąc pod drzewem na skraju lasu przy placu zabaw. W milczeniu, żadne z nas nie odważyło się cokolwiek powiedzieć.
Przed południem się rozstaliśmy.
Szybkim krokiem ruszyłam w stronę domu. W połowie drogi zaczęłam biec, biec jak nigdy wcześniej. Otworzyłam drzwi, zamykając użyłam zbyt dużo siły, z hukiem zatrzasnęły się, a obrazy wiszące na ścianie obok zatrzęsły.
Tamtego dnia zaczęło się moje życie bez ukochanego Wilka.
Teraz mam trzydzieści dwa lata. Dwójkę dzieci i wspaniałego męża. Żadne z nich nie wie o mojej przeszłości i wspaniałej przyjaźni z istotą nienależącą do świata ludzi.
Cały czas widzę chochliki i elfy. Podczas wieczornych spacerów bawię się z nimi i dokuczam im. Cały czas czekam na Dominika. Dostaję od niego listy, na które nie odpisuję. Nie potrafię tego zrobić.
Mimo tylu lat wciąż go kocham, tak kocham. Mojego przyjaciela, mojego ukochanego, mojego wilka.
Będę czekać nawet wieczność.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz