niedziela, 11 stycznia 2015

Koniec. *Ograbiona ze szczęścia.*

    Wbiegam po schodach. Słyszę jak mój oddech odbija się echem od ścian korytarza i wraca do mnie. Na plecach ciąży mi łuk, a kołczan ze strzałami odbija mi się od biodra. Widzę drzwi. Szybkie kopniecie i otwierają się, wypuszczając mnie na dach.
Przede mną rozpościera się ciemne, rozgwieżdżone niebo. Nie ma księżyca, najwyraźniej tej nocy postanowił zostawić mnie samą.
Szybko spoglądam za siebie,na próżno oczekiwałam, że ktoś za mną podąży. W końcu jestem samotna od tysiąca lat.
Na mojej twarzy nie pojawia się uśmiech, tylko kilka gorących łez. Zrywam z siebie łuk,  kołczan i rzucam na zimne dachówki. Znów się rozglądam. Wciąż jestem samotna.
-Mieli przyjść. Minęło tysiąc lat. - Szepczę. - Minęło tysiąc lat! Chodźcie po mnie!! - Wykrzykuję w histerii. Padam na kolana i patrzę w niebo. - Minęło.. - Mamroczę z rezygnacją. Z czarnych jak smoła oczu wypływa mi kilka gorących  łez.
Kule się i uderzam pięścią o czerwony dach budynku. Zaczynam łkać w rozpaczy.
Zbyt długo tęskniłam i cierpiałam. Nie zasługuję na takie traktowanie. Wolę umrzeć. Te myśli krążą w mojej głowie od początku.
-Obiecałam, że wytrzymam, ale nie potrafię ukochany. - Mówię się do osoby, której już od dawna przy mnie nie ma. Patrzę w niebo załzawiona. - Nie przyszli po mnie. Jestem zbyt słaba by przetrwać. - Szepczę w rozpaczy i kładę się na boku. Łzy powoli spływają po policzkach. Tworzy się mała kałuża, która z czasem się rozszerza. Zamykam oczy i wracam myślami do przeszłości.
Pierwsze spotkanie. Pamiętam to tak dobrze, jakby nie minęły dekady, a kilka godzin. Mój pierwszy patrol, pamiętam to podniecenie i ekscytację. Świadomość trzymanej w dłoni stali, nocne przejście do wymiaru demonicznego. Powalone drzewa, wyniszczona ziemia, wypalone lasy. Skrywanie się w jak najgęstszy cieniu.  Rozdzielenie się z partnerami, by nie zostać złapanym.
I wtedy Ty, och Najdroższy, wyszedłeś mi naprzeciw. Również młody i niedoświadczony, pełen nadziei i nie przepełniony złem. Patrzyłeś na mnie nieprzeniknionymi bordowymi oczami. Lekko zmrużone powieki i zmarszczone brwi. Byłeś taki piękny. Momentalnie zapragnęłam by cie dotknąć. A ty wyciągnąłeś w moją stronę miecz i uśmiechnąłeś się bez cienia radości.
-Wybacz. Moim obowiązkiem jest cie zabić. - Mówiąc to zobaczyłam w Twych oczach ból. Nie chciałeś zabijać, co później mówiłeś mi miliony razy.
Zrobiłam to samo. Mój krótki miecz powędrował na wysokość Twoich oczu. Czułam ekscytację i ogromne podniecenie.
Pierwsza walka, pierwszy wróg! Najdroższy jakie to było cudowne uczucie!
Ruszyłam do walki pierwsza. dźwięk obijającej się o siebie stali dodawał mi sił i chęci walki. Krew buzowała w moich żyłach. A w twoich oczach wciąż było cierpienie.
-Nie czerpiesz przyjemności z walki? - Wysapałam w trakcie twoich uników. Byłeś wspaniałym wojownikiem. Długo nie mogłam cie nawet zadrasnąć, a kiedy już się udawało to rana była nadzwyczajnie płytka, co doprowadzało mnie do szału.
- Jesteś aniołem, a chcesz zabijać. Ja demon a tego nienawidzę. - Powiedziałeś beznamiętnym tonem. - Paradoks prawda? - Skoczyłeś do przodu i z impetem uderzyłeś w moją broń. Poczułam paskudny ból w dłoni, a miecz poleciał metr dalej. Zostałam bezbronna a ty nawet nie spróbowałeś mnie drasnąć.
- Dlaczego? Jesteśmy wrogami. - Wydukałam patrząc na ciebie z czystą ciekawością. Upuściłeś swoją broń i podszedłeś kilka kroków bliżej mnie. Chciałam się się cofnąć ale nie potrafiłam. Twoje oczy, takie cudowne, nie pozwalały mi się ruszyć. Nawet mnie przyciągały!
- Nie znam cie. Jak możesz być moim wrogiem? - To jedno pytanie zmieniło całe moje życie. Już wtedy czułam, że staniesz się kimś wielkim!
Cichy jęk wydobywa się z moich ust, a wraz z nim kolejna fala gorzkich łez.
Kolejne wspomnienie.
Spotykaliśmy się w jaskini na Granicy Światów. Miejscu gdzie nawet najmniej myślące demony się nie zapuszczały. Pamiętasz Ukochany jakie to było cudowne? Noce, które spędzaliśmy razem, takie rzadkie, ale przepełnione szczęściem.
Pewnego wieczoru oglądaliśmy chmury zwiastujące kolejną ulewę i paskudną burzę. Nie lubiłam, za to ty kochałeś. Kiedy zapytałam się dlaczego, odpowiedziałeś mi z szerokim uśmiechem:
- Jedynie burza potrafi zatuszować ślady wojny. - Nie rozumiałam. Często nie rozumiałam co mówiłeś, byłeś taki mądry. A ja? Byłam dzieckiem, płytko patrzyłam na świat. Ale ty nauczyłeś mnie czegoś wspaniałego!
Dałeś mi tyle miłości i przyjaźni, och na niebiosa, miłość od ciebie była najpiękniejszą ze wszystkich.
Ale została mi zabrana. Sama ją sobie zabrałam.
Kolejny cichy szloch wydobywa się z mojej krtani. Zwijam się w kulkę i płaczę. Coraz głośniej. Ciche pojękiwanie zmienia się w donośny skowyt i ryk. Podnoszę się i krzyczę jak nigdy dotąd. Płaczę, uderzam pięściami w dachówki. Po raz tysięczny ubolewam nad swoją stratą.
-Przepraszam! Przepraszam! Przepraszamprzepraszamprzepraszam... - Krzyk zmienia się w cichy bełkot. Desperacja bierze górę. Cierpienie przejmuje całe ciało. Ból. Okropny ból.
Nie do wytrzymania. Rozdziera moje serce, niszczy ciało. Mam dość, nie wytrzymam dłużej.
Podnoszę się chwiejnie, szukam wzrokiem moich strzał. Znalazłam. Idę po nie, prawie się przewracając. Pochylam się i wybieram z kołczanu ostatnie dwie.
Wracam na krawędź dachu. Spoglądam w dół. Wysoko, upadek zabiłby nawet anioła. Idealnie.
Przykładam strzały do szyi po obu stronach, nie mam szans na przeżycie.
Ostatni raz spoglądam na gwiazdy, znajome ale odległe.
- Och, Ukochany. Za chwilę będziemy razem. - Mówię przez łzy. Zamykam oczy i znów powracam myślami do naszych ostatnich wspólnych chwil.
- Akiro, musisz mnie zabić. - Mówiłeś tak poważnie, wręcz błagalnym tonem. - Nie chcę żeby to oni zrobili, rozumiesz?! - W twoich oczach odbijało się moje przerażenie. Położyłeś dłonie na moich ramionach i zacisnąłeś.
 - N-nie! - Próbowałam się wyrwać. Jak mogłam zniszczyć jedyną istotę, która tak mnie kochała?!
- Spójrz na mnie. - Odwracałam wzrok, nie chciałam. - Spójrz! - Krzyknąłeś, rzadko to robiłeś. Pociągnęłam nosem i spojrzałam na twoją twarz. Taką piękną. Skóra prawie biała i zimna, kochałam ten chłód. Bordowe oczy, oprawione gęstymi czarnymi rzęsami. Równie czarne włosy opadające na czoło. - Chcę żebyś to ty mnie zabiła, proszę, zrób to, błagam. - Widziałam twoje łzy, pierwszy raz płakałeś. Tak bardzo tego chciałeś. Zrezygnowałam.
- Daj mi zginąć z tobą, proszę, Kaoru. - Przytuliłam się do ciebie, a twoje ręce oplotły mnie, jakbyś chciał ukryć swoją małą anielice przed całym światem. Ukochany to był taki cudowny uścisk, który zapowiadał nasz wspólny koniec.
- Ty musisz żyć. Pokaż im, że nasza miłość nie jest zwykłym wymysłem. - Pocałowałeś mnie w czubek głowy i odsunąłeś się. Wyciągnąłeś miecz zza pleców i wręczyłeś mi go. - Kocham cie. Proszę żyj za nas oboje. - Chwyciłam miecz drżącymi dłońmi, nie potrafiłam tego zrobić.
Uśmiechnąłeś się przez łzy. I przyciągnąłeś mnie do siebie, a miecz przebił się przez twoją klatkę.
- Nie!! - Poczułam jak kapię mi na dłoń twoja krew. Zimna, jak reszta twojego ciała. - Nie, błagam nie! - Padliśmy na kolana. Wyciągnęłam broń z twojej klatki i wyrzuciłam jak najdalej. Na mojej twarzy było przerażenie, rozpacz i ogromny smutek. - Proszę nie zostawiaj mnie, błagam! - Krzyczałam i krztusiłam się własnymi słowami.
- Kocham Cie Akir - Nie dokończyłeś. Poczułam jak twoja głowa bezwładnie opada na moje ramię. To był koniec. Umarłeś, zostawiłeś mnie! Byłam zrozpaczona, młoda, niedoświadczona, zakochana. A ty wystawiłeś mnie na taką próbę.
A teraz stoję na krawędzi śmierci, ponieważ nie dałam sobie rady.
Mocniej przycisnęłam groty strzał do szyi. Poczułam małe stróżki krwi spływające po obojczykach i plamiące szarą koszulę. Uśmiechnęłam się po raz pierwszy od setek lat.
- Zaraz się spotkamy Kaoru. - Szepcze przez łzy, a głos mi się łamie. - Kocham cie. - Zaciskam zęby i z całej siły wbijam sobie strzały.
Okropny ból, jakby rozdzierano mnie na pół, ale zaraz po tym ukojenie. Czuję, że spadam w otchłań. Umieram. To koniec.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz